środa, 1 lipca 2009

Polowanie zbiorowe z ambon w Nadleśnictwie Ostrów Maziecka - Listopad 2008

22 Listopada 2008 r. moja firma - Biuro Polowań Argali, we współpracy z Nadleśnictwem Ostrów Mazowiecka zorganizowała kolejne polowanie zbiorowe z ambon. Tym razem zjechało się ponad 25 myśliwych z różnych części Polski. Prowadzącym polowanie był Pan Olgierd Jabłoński - leśniczy do spraw łowieckich w nadleśnictwie.

Zbiórka jak co roku była o godz. 7:00 w leśniczówce Nadleśnictwa Ostrów Mazowiecka, która położona jest w obrębie wsi Bojany.

Kilka słów wstępu od organizatorów, przypomnienie zasad bezpieczeństwa, poinformowanie o planie dnia, godzinie posiłków itd


Losowanie szczęśliwego numerka...

Sygnał rozpoczęcia polowania i można wyruszać w drogę :)


Pieski gotowe i oznakowane dla bezpieczeństwa.


Pamiątkowe zdjęcie...

Na łowy!!! Zapowiadał się piękny dzień...

Na dzień dzisiejszy zaplanowanych było od 4 do 5 miotów.

Po 3 miocie był czas na posiłek w lesie przy niewielkim ognisku... Sygnałem zapraszamy gości do polowej kuchni :)




Po polowaniu układamy pokot...

...ogrzewamy się przy ognisku


Podziwiamy czym nas Święty Hubert obdarował...


No i oznaczamy króla polowania!!!

Darz Bór!!!

Polowanie zakończyło się z bardzo dobrym wynikiem. Oddano 50 strzałów a na pokocie znalazł się 1 byk o masie poroża 6,5 kg, 5 łań, 2 cielaki i 6 dzików


Powyżej organizator całego tego leśnego zamieszania :) Dzięki Olo za to kolejne myśliwskie niezapomniane wydarzenie!

No i dziękuję wszystkim uczestnikom za przemiłą atmosferę, która towarzyszyła nam przez cały czas trwania polowania.

Darz Bór i do następnego razu!

Hubert
aktualna oferta polowania zbiorowego z ambon w Nadl. Ostrów Mazowiecka

wtorek, 3 lutego 2009

Polowanie na głuszce, cietrzewie i słonki - Białoruś, kwiecień 2008

Na początku roku trójka moich przyjaciół Hubert, Jerzy i Adam poprosili mnie żebym zorganizował im polowanie na głuszce i cietrzewie na Białorusi. Ponieważ było jeszcze dużo czasu na przygotowania spokojnie przystąpiliśmy do załatwienia wiz i pozwoleń na wywóz broni na Białoruś. W międzyczasie zdecydował się również z nami jechać mój serdeczny przyjaciel Olo...

Rozważaliśmy w jaki sposób dojedziemy na Białoruś... Mieliśmy do wyboru pociąg, samolot albo samochód. Ostatecznie ze względu na to że byliśmy większą grupą i ze względu na niższe koszty zdecydowaliśmy się pojechać samochodami.

W końcu nadszedł dzień wyjazdu...

Z Warszawy do przejścia w Kuźnicy Białostockiej przejechaliśmy dość szybko. Na granicy spędziliśmy dobre 3 godziny. Jak zwykle było całe mnóstwo kontroli i papierków, z których każdy był ważniejszy od drugiego. Papierki traktowane były na równi z paszportem. Deklaracja jedna druga trzecia, kwity na wjazd, na wyjazd, ubezpieczenia, podpisy, pieczątki... ohh jak ja to lubię... No ale czego się nie robi dla udanego polowania hehe

Po stronie Białoruskiej czekał na nas Wołodia... Część z nas przesiadła się do wygodnego busa i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy do przejechania jakieś 500 km. Po 6 godzinach z kilkoma przystankami po drodze byliśmy na miejscu.


Mieszkaliśmy w kwaterze nadleśnictwa na skraju wsi Jankovici. Był to niewielki drewniany myśliwski domek, z kominkiem, usytuowany nad małą rzeczką. Miejsce prześliczne. Mieliśmy do dyspozycji też saunę, która umiejscowiona była w oddzielnym budynku.

Ponieważ dojechaliśmy późnym wieczorem już nie było szans na polowanie.... Z kolacją czekał na nas mój Ojciec Andrzej. Przystąpiliśmy spokojnie do wieczerzy, która dość mocno się przedłużyła ;) Ojciec wytłumaczył dokładnie jaki jest plan na najbliższe kilka dni i opowiedział na czym polega polowanie na głuszce, jak się podchodzi, na co zwrócić uwagę, jak strzelać itd...



Pierwszy ranek... właściwie bez snu. Hubert i Adam, ojciec z synem, strzelili po jednym pięknym głuszcu. Adaś ciężko kontuzjowany, przed polowaniem dostał zastrzyk ze znieczuleniem... bez tego z pewnością nie dałby rady ze swoją skręconą kostką przejść za dużego dystansu w tak ciężkim bagiennym terenie ;) Pogodę mieliśmy śliczną... Zrobiliśmy całe mnóstwo świetnych zdjęć i usiedliśmy do śniadania.




Przy śniadaniu opowiadania i wrażenia z pierwszego wyjścia na głuszce... Moi przyjaciele zachwyceni byli dzikością terenu i samym podchodem tokującego głuszca. Zwrócili uwagę, że głuszca bardzo dobrze słychać i w sumie sam podchód w rytmie jego pieśni nie sprawiał większego kłopotu, ale żeby go zauważyć i zlokalizować na drzewie to był problem... Dodam tylko, że głuszca podchodzi się właściwie po ciemku a strzał oddaje o świcie.

Niestety do grona kontuzjowanych dołączył także Olo... Skręcił na bagnie nogę i przez kolejne 2 dni nie był w stanie właściwie chodzić!



Plan dnia był codziennie właściwie taki sam...
ok godziny 3 pobudka i wyjazd w teren, polowanie na głuszce lub cietrzewie do godziny 7, potem powrót na śniadanie, spanie, spacery, obiad o 14.
Bliżej 18 wyjazd na słonki i między 21 a 22 w zależności jak daleko się jechało, powrót do leśniczówki. Po kolacji albo spanie, albo czekanie na nocny wypad do lasu ;)


Słonki, słonki, słonki...


Na słonki to właściwie jeździłem tylko z Adasiem... strzelaliśmy na zmianę. Ciągnęły bardzo fajnie ;) właściwie każdego dnia widzieliśmy i słyszeliśmy 15-20 słonek, z czego tak z 5-10 mogliśmy strzelać. Zabawa była naprawdę przednia!






I tak mijał dzień po dniu...

Olo się kurował i czekał aż mu zejdzie opuchlizna, żeby mógł włożyć buta chociaż... W międzyczasie Hubert z Adasiem strzelili 2 piękne cietrzewie. Jurek podchodził kilka razy głuszca, ale za każdym razem coś przeszkadzało żeby oddać strzał... Nie miał szczęścia... przez 4 kolejne dni nie udało mu się poza słonkami nic upolować. Aż w końcu ostatniego dnia na ostatnim wyjściu Święty Hubert dał mu szansę, którą Jerzy bezbłędnie wykorzystał... ;)



Pozwoliłem sobie też jedno zdjęcie zrobić, a co ;)




Ojciec wraz z preparatorem został jeszcze kilka dni na Białorusi, żeby dopilnować spedycji lotniczej wszystkich trofeów z głuszców, cietrzewi i słonek strzelonych w kwietniu przez naszych myśliwych.

A my skoro świt wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu.

I tak polowanie dobiegło do końca...

Dziękuję Wam moi Drodzy za wspaniałą atmosferę i świetnie spędzony czas!

Hubert

PS
Dowiedz się jak zorganizować polowanie swojego życia...

poniedziałek, 20 października 2008

Polowanie na odyńce Białoruś styczeń 2008


W drugiej połowie stycznia 2008 roku wybraliśmy się z moim Ojcem oraz dwoma naszymi starymi przyjaciółmi Szymonem i Zbyszkiem na polowanie na dziki na Białoruś. Mieliśmy zaplanowane w sumie 8 dni polowania w dwóch różnych łowiskach. Przylecieliśmy do Mińska samolotem, na miejscu Wołodia pomógł nam odprawić broń i w ciągu niecałych dwóch godzin byliśmy już w łowisku...

...udało nam się wcześniej zorganizować nocleg i wyżywienie w tzw. letniej rezydencji Łukaszenki ;) to jest taki hotel położony na terenie Berezinskiego Parku Narodowego, który jest otoczony z trzech pięknym lasem a z trzeciej z dostępem do jeziora. Zdjęcie hotelu znajdziesz poniżej ;)



Pogodę trafiliśmy w sumie nie najlepszą... śniegu było nie wiele, temperatura bliska zeru... szczęście tylko takie, że nie padał za bardzo deszcz, nie było mgieł i dzięki temu mogliśmy sobie spokojnie polować przy księżycu ;) w ciągu 4 pierwszych dni polowania udało się nam upolować 3 ładne odyńce, które wagowo mieściły się w przedziale 130 i 180 kg oraz jelenia byka...


Niestety nie trafiliśmy na wilki choć wiedzieliśmy po śladach, że kręcą się w okolicy...



Któregoś dnia jadąc na polowanie przejeżdżaliśmy przez wieś i zauważyliśmy duży dostawczy samochód i ludzi stojących do niego w kolejce... okazało się, że jest to taki "sklepik na 4 kółkach" który objeżdża okoliczne wsie i rozwozi niezbędne produkty... zatrzymaliśmy się na chwilę i kupiliśmy ciemny przepyszny chleb i kilka miejscową wódkę na najbliższe wieczorne posiedzenia ;)



Kolejne 4 dni spędziliśmy w obwodzie znajdującym się na samej granicy białorusko - rosyjskiej, w odległości ok 60 km od wojewódzkiego miasta Witebsk. Mieszkaliśmy w trochę skromniejszych warunkach jednak w dużo milszej i bliższej naszym myśliwskim sercom atmosferze ;) Mieliśmy do własnej dyspozycji cały domek myśliwski umiejscowiony na skraju niewielkiej rzeczki... do tego wszystkiego sauna zwana przez Białorusinów "banią"...


Schemat dnia był taki sam jak w poprzednim łowisku, czyli wyjeżdżaliśmy na polowanie ok godziny 17:00 siedzieliśmy w lesie do 23 / 24:00, wracaliśmy na późną kolację, podczas której dzieliliśmy się wrażeniami z polowania, po czym ok godz. 4:00 szliśmy spać, żeby obudzić się ok 9:00 na śniadanie hehe następnie siedzieliśmy przy stole do obiadu a po obiedzie trzeba było wyruszać dalej do lasu... Polowaliśmy przede wszystkim z ambon usytuowanych przy dużych nęciskach jak na poniższym zdjęciu...



Dziki widzieliśmy właściwie codziennie... duże
watachy, małe, trochę pojedynków. Niestety te stare największe odyńce były tym razem dużo sprytniejsze od nas... Widzieliśmy wspólnie w sumie 3 baardzo duże dziki, czyli mam tu na myśli takie odyńce powyżej 200 kg, jednak żadnemu z nas nie udało się nawet strzelić w ich kierunku! Czasami zabrakło trochę szczęścia, czasami kilku sekund, czasami doświadczenia... No ale nie bez powodu miejscowi myśliwi nazywają je "Profesorami"... ;)



W sumie strzeliliśmy jeszcze 4 odyńce, które wagowo były bardzo podobne do tych strzelonych w pierwszym łowisku...




A z takich ciekawostek to pani w sklepie zamiast korzystać z kalkulatora, który miała pod ręką liczyła ile musimy zapłacić za zakupy na tym liczydle, które widzicie na poniższym zdjęciu:



Ojciec mi mówił, że w Polsce na takich urządzeniach też liczono kilka
dobrych lat temu... ja jednak tego nie pamiętam ;)

Do domu wróciliśmy cali i zdrowi... trochę zmęczeni fizycznie, ale niesamowicie wypoczęci psychicznie ;) przeżyliśmy wiele bardzo ciekawych momentów, poznaliśmy niezwykle miłych i gościnnych ludzi oraz mieliśmy możliwość zobaczyć wyjątkowo dziką przyrodę jakiej w Polsce już prawie nie ma...

W styczniu 2009 roku planujemy kolejną wyprawę na odyńce na Białoruś ;)