Na początku roku trójka moich przyjaciół Hubert, Jerzy i Adam poprosili mnie żebym zorganizował im
polowanie na głuszce i cietrzewie na Białorusi. Ponieważ było jeszcze dużo czasu na przygotowania spokojnie przystąpiliśmy do załatwienia wiz i pozwoleń na wywóz broni na Białoruś. W międzyczasie zdecydował się również z nami jechać mój serdeczny przyjaciel Olo...
Rozważaliśmy w jaki sposób dojedziemy na Białoruś... Mieliśmy do wyboru pociąg, samolot albo samochód. Ostatecznie ze względu na to że byliśmy większą grupą i ze względu na niższe koszty zdecydowaliśmy się pojechać samochodami.
W końcu nadszedł dzień wyjazdu...
Z Warszawy do przejścia w Kuźnicy Białostockiej przejechaliśmy dość szybko. Na granicy spędziliśmy dobre 3 godziny. Jak zwykle było całe mnóstwo kontroli i papierków, z których każdy był ważniejszy od drugiego. Papierki traktowane były na równi z paszportem. Deklaracja jedna druga trzecia, kwity na wjazd, na wyjazd, ubezpieczenia, podpisy, pieczątki... ohh jak ja to lubię... No ale czego się nie robi dla
udanego polowania hehe
Po stronie Białoruskiej czekał na nas Wołodia... Część z nas przesiadła się do wygodnego busa i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy do przejechania jakieś 500 km. Po 6 godzinach z kilkoma przystankami po drodze byliśmy na miejscu.

Mieszkaliśmy w kwaterze nadleśnictwa na skraju wsi Jankovici. Był to niewielki drewniany myśliwski domek, z kominkiem, usytuowany nad małą rzeczką. Miejsce prześliczne. Mieliśmy do dyspozycji też saunę, która umiejscowiona była w oddzielnym budynku.

Ponieważ dojechaliśmy późnym wieczorem już nie było szans na polowanie.... Z kolacją czekał na nas mój Ojciec Andrzej. Przystąpiliśmy spokojnie do wieczerzy, która dość mocno się przedłużyła ;) Ojciec wytłumaczył dokładnie jaki jest plan na najbliższe kilka dni i opowiedział na czym polega polowanie na głuszce, jak się podchodzi, na co zwrócić uwagę, jak strzelać itd...

Pierwszy ranek... właściwie bez snu. Hubert i Adam, ojciec z synem, strzelili po jednym pięknym głuszcu. Adaś ciężko kontuzjowany, przed polowaniem dostał zastrzyk ze znieczuleniem... bez tego z pewnością nie dałby rady ze swoją skręconą kostką przejść za dużego dystansu w tak ciężkim bagiennym terenie ;) Pogodę mieliśmy śliczną... Zrobiliśmy całe mnóstwo świetnych zdjęć i usiedliśmy do śniadania.


Przy śniadaniu opowiadania i wrażenia z pierwszego wyjścia na głuszce... Moi przyjaciele zachwyceni byli dzikością terenu i samym podchodem tokującego głuszca. Zwrócili uwagę, że głuszca bardzo dobrze słychać i w sumie sam podchód w rytmie jego pieśni nie sprawiał większego kłopotu, ale żeby go zauważyć i zlokalizować na drzewie to był problem... Dodam tylko, że głuszca podchodzi się właściwie po ciemku a strzał oddaje o świcie.
Niestety do grona kontuzjowanych dołączył także Olo... Skręcił na bagnie nogę i przez kolejne 2 dni nie był w stanie właściwie chodzić!

Plan dnia był codziennie właściwie taki sam...
ok godziny 3 pobudka i wyjazd w teren, polowanie na głuszce lub cietrzewie do godziny 7, potem powrót na śniadanie, spanie, spacery, obiad o 14.
Bliżej 18 wyjazd na słonki i między 21 a 22 w zależności jak daleko się jechało, powrót do leśniczówki. Po kolacji albo spanie, albo czekanie na nocny wypad do lasu ;)

Słonki, słonki, słonki...

Na słonki to właściwie jeździłem tylko z Adasiem... strzelaliśmy na zmianę. Ciągnęły bardzo fajnie ;) właściwie każdego dnia widzieliśmy i słyszeliśmy 15-20 słonek, z czego tak z 5-10 mogliśmy strzelać. Zabawa była naprawdę przednia!



I tak mijał dzień po dniu...
Olo się kurował i czekał aż mu zejdzie opuchlizna, żeby mógł włożyć buta chociaż... W międzyczasie Hubert z Adasiem strzelili 2 piękne cietrzewie. Jurek podchodził kilka razy głuszca, ale za każdym razem coś przeszkadzało żeby oddać strzał... Nie miał szczęścia... przez 4 kolejne dni nie udało mu się poza słonkami nic upolować. Aż w końcu ostatniego dnia na ostatnim wyjściu Święty Hubert dał mu szansę, którą Jerzy bezbłędnie wykorzystał... ;)

Pozwoliłem sobie też jedno zdjęcie zrobić, a co ;)

Ojciec wraz z preparatorem został jeszcze kilka dni na Białorusi, żeby dopilnować spedycji lotniczej wszystkich trofeów z głuszców, cietrzewi i słonek strzelonych w kwietniu przez naszych myśliwych.
A my skoro świt wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu.
I tak polowanie dobiegło do końca...
Dziękuję Wam moi Drodzy za wspaniałą atmosferę i świetnie spędzony czas!
Hubert
PS
Dowiedz się jak zorganizować polowanie swojego życia...